Zbigniew Stonoga

Podsłuchy i bezsilna demokracja

Zbigniew Stonoga

Paradoksalnie sprawcy afery podsłuchowej mogą się czuć bezpiecznie tylko w państwie prawa. W Polsce rządzonej przez PiS siedzieliby w więzieniu. A w kraju wszechwładnych służb specjalnych tej afery w ogóle by nie było.

„Służby specjalne”, film Patryka Vegi z 2014 r., pokazują polską rzeczywistość oczami wyznawcy spiskowej teorii o kluczowej roli tytułowych służb w większości wydarzeń politycznych, które w ostatnich latach wstrząsnęły Polską. W tej wizji służby najpierw wyniosły do władzy Andrzeja Leppera, potem zniszczyły go aferą obyczajową w Samoobronie, a na koniec powiesiły, gdy chciał ujawnić ich tajemnice.

W tym filmie służby mogą wszystko – skrytobójczo mordują niewygodnego polityka, który chce ujawnić listę tajnych współpracowników. W zbrodnię wrabiają jego syna, robiąc z niego niebezpiecznego psychopatę. Pomagają w tym zwerbowani przed laty prokurator i lekarz psychiatrii. Kiedy media zaczynają nabierać wątpliwości, służby zamykają dziennikarzom usta, przypominając właścicielowi prywatnej stacji telewizyjnej dawną współpracę z bezpieką. I grożąc mu zabiciem wnuka oraz żony.

To z kolei spiskowa interpretacja sprawy makabrycznej śmierci Eugeniusza Wróbla, wiceministra transportu w rządzie PiS, zamordowanego i poćwiartowanego przez syna.

W wizji Vegi dla służb nie ma rzeczy niemożliwych. Skrytobójstwa, pobicia, nielegalne podsłuchy, fabrykowanie kompromitujących materiałów to ich chleb codzienny, a tylko naiwni mogą wierzyć w oficjalne wersje.

Vega nie jest osamotniony. W różnym stopniu natężenia jego wizję podzielają publicyści i politycy snujący opowieści o „zamachu smoleńskim”, „seryjnym samobójcy”, totalnej inwigilacji „niepokornych” dziennikarzy i całej tej ponurej rzeczywistości kryjącej się za fasadą naszego świata.

***

Afera podsłuchowa, wstrząsająca od ponad roku posadami 40-milionowego państwa w środku Europy, ma z tym wszystkim tyle wspólnego, że jest dokładną antytezą teorii spisku. Pokazuje bezsilność służb i pułapki, w jakie wpadła demokracja, trzymając się ściśle obowiązującego prawa.

Rozmawiam z wysokim rangą oficerem ABW. Pytam, dlaczego służby nie interweniowały, gdy w nocy z poniedziałku na wtorek (8/9 czerwca) Zbigniew Stonoga najpierw publicznie ogłosił zamiar, a potem sukcesywnie wrzucał do sieci pełne akta śledztwa w sprawie afery podsłuchowej, ujawniając prywatne dane świadków, pokrzywdzonych i nazwiska ponad stu funkcjonariuszy ABW i BOR.

Oficer rozkłada ręce: – Zaalarmowaliśmy prokuraturę zaraz gdy to się zaczęło i cały czas monitorowaliśmy pojawianie się kolejnych akt. To do prokuratury należał następny krok – tłumaczy.

Prokuratura mogła w trybie pilnym powiadomić policję, by ta natychmiast przerwała akcję Stonogi. Dlaczego tak się nie stało? Bo śledczy potrzebowali prawie 24 godzin, by uznać, jakie Stonoga popełnia przestępstwo. Dopiero wtedy go zatrzymali i postawili mu zarzuty. W tym czasie akta dawno hulały w sieci zmultiplikowane w niezliczonych kopiach.

Ale dlaczego sama ABW nie podjęła interwencji? Mogła to zrobić w trybie „niecierpiącym zwłoki”, by zapobiec łamaniu prawa. – Woleliśmy czekać na nakaz z prokuratury, by uniknąć zarzutów, że łamiemy wolność słowa. Lepiej zresztą, że sprawą zajęła się policja, bo nikt teraz nie oskarży nas o stronniczość – mówi oficer. Po chwili przyznaje, że ani policja, ani ABW nie miały pewności, skąd Stonoga nadaje (czyli gdzie jest komputer, z którego wysyła pliki do sieci) ani gdzie on sam aktualnie się znajduje.

Gdyby film o tym zdarzeniu nakręcił Patryk Vega, służby specjalne od razu namierzyłyby Stonogę i jego bazę. Operacja zaczęłaby się od przejęcia kontroli nad komputerem Stonogi przez działającego dla służb hakera, a skończyła wywiezieniem biznesmena w okolice nocnego klubu, gdzie nad ranem ktoś znalazłby jego nafaszerowane narkotykami ciało.

***

Nie trzeba zresztą filmu Vegi. Gdyby opisywane zdarzenia miały miejsce siedem lat temu, scenariusz też byłby inny. O akcji Stonogi wiedzieliby premier Jarosław Kaczyński i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Wspólnie z szefem ABW Bogdanem Święczkowskim zarządziliby zatrzymanie Stonogi, blokadę transmisji i wyłączenie jego telefonu. I to już nie jest fikcja. Tak było, gdy latem 2007 r. służby IV RP uznały, że minister spraw wewnętrznych Janusz Kaczmarek razem z komendantem głównym policji i dyrektorem CBŚ stoją za przeciekiem informacji o tajnej operacji CBA w sprawie afery gruntowej. Podejrzani urzędnicy byli śledzeni przez system monitoringu miejskiego i drony, a ich komórki namierzały specjalne ekipy śledcze. Wszyscy zostali zatrzymani i doprowadzeni w kajdankach do prokuratury.

W Polsce roku 2015 akcji Stonogi bezsilnie przypatrywali się koordynator służb Jacek Cichocki i prokurator generalny Andrzej Seremet. Gdy kolejne tomy akt lądowały w sieci, oni zastanawiali się, co z tym zrobić.

***

Natomiast premier Ewa Kopacz w reakcji na wyciek akt ogłosiła, że dymisjonuje nagranych nielegalnie ministrów oraz urzędników. Skłoniła też do odejścia z funkcji marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego, który też został nagrany. Na koniec przeprosiła Polaków za niewłaściwe treści rozmów, które były prowadzone przy drogich potrawach i winach finansowanych ze służbowych kart.

Znów pytam cytowanego oficera ABW: – Czy premier Kopacz nie wiedziała, co jest w nagraniach i dokumentach? Jak to możliwe, że służby nie informowały jej na bieżąco o tym, iż akta śledztwa są publikowane w mediach od kilku miesięcy? Dlaczego zareagowała tak późno?

W odpowiedzi słyszę, że analitycy ABW na bieżąco monitorują wszystko, co ukazuje się w tej sprawie, i przekazują to w formie poufnych raportów. W rozdzielniku tych raportów są najważniejsze osoby w państwie. Nie wiadomo jednak, czy czytają te materiały. Najwyraźniej nie, skoro szefową rządu wstrząsnął dopiero „wyciek Stonogi”.

Słyszę też, że Kopacz wzorem swojego poprzednika, premiera Tuska, niechętnie kontaktuje się ze służbami i „programowo odrzuca” płynące od nich komunikaty. Niechęć PO do mieszania się w śledztwa i tajne operacje jest znana. Donald Tusk chciał być tutaj odwrotnością Jarosława Kaczyńskiego, który gdy tylko dostał władzę, wzywał do siebie prokuratorów (jak w sprawie mafii paliwowej, kiedy Ziobro przysłał mu do biura prokuratora z kompletem tajnych materiałów) i szczegółowo ingerował w planowane akcje (jak przy zatrzymaniu Barbary Blidy, gdy zalecał, by nie zakładać jej kajdanek).

***

Jest jeszcze inna interpretacja zachowania szefowej rządu. Aferę podsłuchową odziedziczyła po Tusku, który uznał, że nagrani ministrowie oraz urzędnicy bez względu na to, co wygadywali podczas posiłków, są ofiarami nielegalnego procederu. Uwolnił ich więc od odpowiedzialności i zostawił na stanowiskach.

Z tym bagażem wzięła ich Kopacz. Konsekwencje spotkały tylko tych, których rozmowy zostały ujawnione przez tygodnik „Wprost”. Nie wszystkich zresztą. Z funkcją pożegnał się szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz, ale już kierujący resortem skarbu państwa ministrowie Włodzimierz Karpiński i Rafał Baniak oraz Stanisław Gawłowski (wiceminister środowiska) zostali na stanowiskach.

Czemu musieli odejść po wycieku Stonogi? Źródło w rządzie podaje, że po publikacji akt Kopacz wezwała wszystkich, których nazwiska znalazły się na „liście kelnerów”. Wśród prawie stu nagranych osób byli Karpiński, Baniak, Gawłowski, szef doradców szefowej rządu Jacek Rostowski, ale też minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, wiceminister gospodarki Tomasz Tomczykiewicz i minister sportu Andrzej Biernat. Po raz kolejny zapytała ich, czy w rozmowach, które prowadzili z biznesmenami i szefami państwowych spółek, na pewno nie było nic kompromitującego. Czy kolejne nagrania, gdy ujrzą światło dzienne, nie dobiją rządu? Jej rozmówcy nie odpowiedzieli jasno, ale zgodzili się przyjąć dymisje.

***

Kopacz wiedziała, co robi. W maju, między I a II turą kampanii prezydenckiej, tygodnik „Do Rzeczy” opublikował podsłuchaną przez kelnerów rozmowę szefa CBA Pawła Wojtunika z ówczesną wicepremier Elżbietą Bieńkowską. Dialog był dla obojga kompromitujący. Wojtunik opowiadał głupoty o tym, że Sienkiewicz kazał policji spalić budkę pod ambasadą Rosji, Bieńkowska bezmyślnie nad tym „faktem” rechotała, a potem wypowiedziała słynne zdanie, że „za 6 tys. miesięcznie pracuje tylko złodziej albo idiota” – to oczywiście dotarło do opinii publicznej, bo wypowiedź była bardziej zniuansowana.

Tego nagrania miało nie być, a Wojtunik z Bieńkowską publicznie deklarowali, że nawet jak się ukaże, to nie ma tam nic nagannego. Mając takie doświadczenie, Ewa Kopacz mogła być pewna, że nieujawnione dotąd podsłuchy też zawierają podobne kwiatki i że lepiej pozbyć się kłopotu późno niż wcale. I skoro do sieci trafiają pełne akta śledztwa, to zaraz znajdą się tam nowe nagrania.

***

Spośród blisko stu nielegalnie nagranych rozmów prokuratura ma zaledwie 21. Pozostałe są tykającymi bombami. Zapalniki od nich ma w ręku dysponent nagrań. Służby i prokuratura są przekonane, że jest nim Marek Falenta, biznesmen, który według zeznań kelnerów zlecał im zakładanie podsłuchów.

I nie ma żadnego powodu, by sądzić, że kolejne bomby nie będą odpalane. Falenta jest na wolności, za podsłuchiwanie grozi mu niewielka kara, a prowadzący śledztwo nie chcą podnieść kwalifikacji jego czynu, tak by groziły za to poważniejsze konsekwencje.

Ten upór to zresztą przejaw niezależności prokuratury, bo według naszych informatorów prokurator generalny Andrzej Seremet chciał, by Falencie postawiono zarzut kierowania grupą przestępczą, co dawałoby możliwość zastosowania aresztu. Nie zgodzili się na to prowadzący śledztwo, a Seremet nic nie mógł zrobić, bo są niezależni.

W państwie PiS byłoby to nie do pomyślenia. Zbigniew Ziobro jako prokurator generalny po naradzie z premierem Kaczyńskim nakazałby podniesienie kwalifikacji, a opornych prokuratorów zastąpiliby nowi.

Falenta od roku siedziałby w areszcie, a z jego biznesu zostałyby marne resztki.

Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by się stało z Falentą w scenariuszu Patryka Vegi.

***

Nie tęsknię za IV RP ani za rzeczywistością z filmów Vegi, krajów totalitarnych czy takich jak Rosja, w dużym stopniu rządzonych przez wszechmocne służby. Tam afera podsłuchowa by się nie zdarzyła, bo władza, czując zagrożenie, nie zawahałaby się przed sięgnięciem po nadzwyczajne środki.

Ale bezsilność i bierność państwa, które literalnie przestrzegając prawa, nie jest w stanie skutecznie ścigać bezprawia, jest niebezpieczna. Bo może wynieść do władzy tych, dla których demokracja będzie tylko środkiem do wprowadzenia rządów silnej ręki.

źródło: wyborcza.pl/

Zobacz więcej na temat: , , , , , , , , , , ,

Czytaj także

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zbigniew Stonoga

Zbigniew Stonoga

Polski przedsiębiorca i biznesmen, videobloger, działacz społeczny i polityczny. Asystent posłanki Samoobrony Wandy Łyżwińskiej i doradca Andrzeja Leppera. Odpowiedzialny za publikację akt śledztwa w sprawie afery podsłuchowej w Polsce.

Podobne wpisy

zbigniew-stonoga

Pomóżmy

Napisał - 21 grudnia 2015 0
Błagam Was Wszystkich o pomoc w moich akcjach. Chora na Raka Pani Renata ze Szczypideł-brakuje 67.000zł Kamil Bryk-brakuje 370.000 zł…